Tłum zadrżał. Na naszą ulicę wjeżdżały rogate konie wiozące wojowników. Magów ubranych w czerwone peleryny. Wśród nich był arcymag, Park Chanyeol, z złotymi znaczkami na pelerynie.
W moim świecie tylko magowie się liczyli. Szlachetnie urodzeni przedstawiciele wyższej rangi, którzy mieli w sobie krew bogów, dlatego posiadali dar, jakim jest magia. Kontrolowali 4 żywioły świata, lewitowali oraz mogli unosić przedmioty w powietrzu, co nosiło miano telekinezy. Niektórzy umieli stać się niewidzialni albo teleportowali się na niewielką odległość, ale musieli mieć wysoki poziom. Byli nazywani arcymagami. To właśnie ta nieliczna grupa rządziła w moim państwie. Nikt nie mógł się im przeciwstawić, bo to groziło śmiercią. W sumie, jak zwykły człowiek z widłami lub kosą miał skrzywdzić kogoś tak potężnego? Byliśmy skazani na łaskę magów. Pracowaliśmy dla nich, jak woły, gdy oni odwdzięczali się parszywym jedzeniem i marną wodą. Nie liczyli się z nami. Z spokojem patrzyli na naszą śmierć. Może nawet mieli z tego zabawę.
Tłum zadrżał. Na naszą ulicę wjeżdżały rogate konie wiozące wojowników. Magów ubranych w czerwone peleryny. Wśród nich był arcymag, Park Chanyeol, z złotymi znaczkami na pelerynie. Z tego, co mówiono w barach to uczy magów magii wojennej, a przy okazji zajmuje się porządkiem w mieście. Nienawidziłem go z całego serca.
OdpowiedzUsuń